02.01.2015r. - Grossglockner
W pierwszym dniu podeszliśmy przy dobrej pogodzie do sthudutle wiedząc że popsuje się pogoda przeczekaliśmy noc. Wiało ponad 100 km/s i mało kto się wyspał.Na następny dzień widząc że wiatr trochę ustał podjęliśmy decyzję że idziemy wyżej do schronu ejh ponieważ następnego dnia miała być już super pogoda. Wyszliśmy z schroniska w stronę lodowca. Już po podejściu pod ścianę zaczęło wiać tak że widoczność się pogarszała. Próbując podejść po śniegu w stronę lodowca usłyszeliśmy tąpniecie i huk! W momencie zesztywnieli wszyscy! Zorientowaliśmy się że śnieg na który weszliśmy pękł i pojawiła się rysa na całej długości. Natychmiast podeszliśmy wyżej na skały robiąc poręczówkę która pomogła przejść niebezpieczne eksponowane i lododziale miejsca. Podchodząc na lodowiec musieliśmy torować drogę w głębokim śniegu gdzie w słabej widoczności od czasu do czasu wiatr ustawał dzięki czemu upewnialiśmy się że idziemy w dobrym kierunku. Widząc jakie są warunki zdecydowaliśmy, że idziemy na prawo na drabinki i dalej ferrata.

Podchodząc pod nie znów cala długość pola śnieżnego jak widać tąpnęła i czym prędzej uciekaliśmy powoli schodząc w odstępach z śniegu w stronę ściany przy drabinkach. Dalej już na górę po drabinie i na pierwsza część ferraty. Wiatr się zmagał coraz bardziej na szczęście druga część ferraty była wywiana i szybko pokonaliśmy ją dochodząc do schronu ejh. Wykończeni wiatrem mrozem i torowaniem pocieszaliśmy się że jutro z rana ma się polepszyć pogoda i wiatr z 80 ma zejść do 30 km/s . Niestety wiatr zamiast słabnąć przybierał na prędkości.

Kolejny dzień niestety przesiedzieliśmy w schronie. Ekipa była zgrana przez co mieliśmy bardzo dobre humory. Potwierdzając polepszenie pogody na bardzo dobrą ustaliliśmy że wychodzimy o 5 rano pokonując w ciemności bezpieczny odcinek prowadzący pod żleb i dalej juz z wschodem słońcem do góry po grani w stronę szczytu. Wychodząc z rana doszliśmy już prawie pod żleb niestety wiatr ścinał nas z nóg i postanowiliśmy zrobić szybki odwrót do schronu . Ustaliliśmy że czekamy najpóźniej do 9 na poprawę pogody później już nas czas goni na dół. W stresie ubrani w cały sprzęt czekaliśmy na ustanie wiatru, niebo było już czyste. Decyzja podjęta ! Wychodzimy przed 9 wiatr nadal silny ale uparcie pchamy do góry niekiedy na kolanach wiedząc w duchu że jeśli nie ustanie wiatr nie ma co się pchać na grań która prowadzi na szczyt. Śnieg zmrożony szybko udaje się nam podejść pod pierwsze skały.

Nikt nie rezygnuje wszyscy pną się do góry w obawie wychodzimy na grań a tam - tylko niekiedy podmuchy wiatru i piekne słońce. Zadowoleni pokonujemy gran i dochodzimy na siodło. Słońce nagle traci się od czasu do czasu za przychodzącymi chmurami. Zadowoleni że bez większych trudności wspięliśmy się i zasiadamy na szczycie. Szybko parę zdjęć i wiemy że musimy uciekać na dół.

Schodzimy na dół i przed schroniskiem dopiero możemy okazać radość że już zeszliśmy bezpiecznie. Pakujemy się i schodzimy na dół. Sprawdzając warunki śniegowe jaki panują na krótszym zejściu postanawiamy nie iść na dalsze zejście po drabinkach, a zejść wcześniej za pierwszymi ferratami na dół. Decyzja podjęta słuszna śnieg ubity i zmrożony. Pogoda coraz lepsza.

Słońce w pełni, wiatr ucichł jesteśmy na skraju lodowca. Rozglądamy się jak zejść na dół. Dociera do nas, że przez dwa dni u góry napadało masę śniegu. Patrząc na prawo w stronę schroniska sthudutle widzimy nasze wcześniejsze ślady. Wiemy że tam jest pęknięta już płyta ale większy problem był dalej lawina zeszła za schroniskiem gdzie prowadzi droga na dół . Dalej szlak nie wyglądał lepiej na ścianie masa śniegu która pod słońcem mogła zejść w każdej chwili. Rozglądamy się za inną opcją . Droga prosto w dół byłaby czystym zabójstwem - lawiniasto na każdej ścianie. Pozostaje opcja na lewo. Idziemy - śnieg zmrożony i dość płasko. Widzimy że droga biegnie w dół na wypłaszczeniem i następnie należy się wpiąć na kolejny grzbiet który dalej prosto schodzi na szlak. Schodzimy pomału i nagle dwa metry od nas po bardziej nachylonej ścianie schodzi lawina i z nią tona śniegu! Odruch odwrotu i wbiegniecie na górę. Nasza prosta droga została odcięta. Jesteśmy w miejscu bez wyjścia na górę nie ma szans -nie ma czasu zaraz będzie ciemno a i wiemy jak wygląda droga z schroniska sthudutle. Widzimy jedna słuszna drogę przed nami w dół trochę wystających kamieni dalej ogromny głaz. Idziemy w odstępach przechodzimy na bezpieczne miejsce i orientujemy się że to pułapka. Miejsce które miało nas bezpiecznie sprowadzić na dół okazuje się pionową skalną ścianą w dół. Na bok nie da rady -wszędzie lawiny schodzą. Stoimy i myślimy co dalej słońce zachodzi robi się zimno my na skale bez wyjścia. Padł pomysł ! zjeżdżamy na linie w dół i dalej było widać występki kamieni. Zapadła ciemność robimy stanowisko wiążemy dwie liny i Krzysiek zjeżdża na dół sprawdzić czy da radę w ogóle zjechać i co jest pod skalą. Okazuje się że zjazd ma 30m i można na dole bezpiecznie stanąć. Nie myśląc co dalej do Krzyska dołącza Andrzej i do nich spuszczamy najpierw plecaki potem po kolei sami opuszczamy się w dół. Tak na prawdę nie widząc ani ściany ani co dalej jedynie światło czołówki odkrywa co nieco. Zjechaliśmy wszyscy na dół świecimy czołówkami i widzimy dalej wystające kamienie gdzie jest kolejne bezpieczne miejsce. Niestety najpierw mamy do pokonania kolejny lej 70metrowy z pola śnieżnego który u góry wydawał się 10m przeszkodą. Wchodzi jeden nagle huk i tąpnięcie widzimy że zaraz wyżej zeszła wszcześniej lawina. Decydujemy - łączymy 3 liny 30m do której wiąże się Tomek i przechodzi z nasza asekuracja na bezpieczne wystające skały tam robi stanowisko. Pojedynczo przypięci do liny czołgamy się na druga stronę rozkładając ciężar. Jednak to nie koniec. Adrenalina rośnie widząc z jakiej skały zjechaliśmy i to co widzimy na dole po drugiej stronie. Tam gdzie wcześniej był szlak po którym szliśmy w górę teraz na dół jest jedno ogromne pole po lawinie. Od ściany do ściany całej doliny jedno wielkie lawinisko. W oddali widać światła cywilizacji, a my tu w punkcie bez wyjścia. Doświadczeniem i wiedzą wybieramy najlepsza drogę, posuwamy się w skupieniu i duszą na ramieniu w dół. Lawinisko okazuje się zbite i daje się przejść ostatni kawałek do końcówki już szlaku. Wyczerpani ale szczęśliwi zastanawialiśmy się czy to nie sen? łatwe pozornie wejście gdzie znamy tamte miejsca praktycznie na pamięć tak szybko zmieniło się w horror. Nigdy nie lekceważ nawet najprostszej Góry!
Karolina Jendrysik, Adrian Podżorski |